Samotnie brzegiem morza - takie Baltic Travel ;)
DZIEŃ III
Przestało padać dopiero o 9. Teraz jest 9:30. Jeszcze się nie wyłoniłem z namiotu. Wszystko mokre. Jak tu jechać dalej? No właśnie… Nie wiem czy jechać dalej czy lepiej nie wrócić. Bawić się dalej czy nabawić się jakiegoś bakcyla? A tu jeszcze połazić trzeba, morze zobaczyć… Lipa bo do 12 muszę się stąd wyprowadzić. Będę myślał później, teraz idę pod prysznic – o ile tu takie cuda mają…
Dobra decyzja podjęta. Chyba pod tym prysznicem mózg mi przemyło… Co za durny pomysł mi przyszedł do głowy? Nie jestem miętka tytka, żeby byle deszcz miał decydować o moich planach. Pakuję się i opuszczam to średniej jakości napawające zniechęceniem do dalszej podróży ;) miejsce.
Nie mam ochoty ale zostawiam moto na jakimś płatnym parkingu i idę w miasto. Miasto jak miasto – jakoś nie lubię Kołobrzegu. Godzinka przeznaczona na zwiedzanie szybko zleciała i czas uderzać na Świnoujście. Zostaje tylko znaleźć ten cholerny parking, na którym zostawiłem motocykl…
Chyba nic mnie wcześniejsze doświadczenia nie nauczyły bo znów wybieram drogę blisko morza… Droga przez Grzybowo Dźwirzyno i Mrzeżyno to kolejna porażka. Jedynym plusem jeżdżenia takimi miejscowościami - kurortami to to, że nieważne ile koleś będzie miał srebrnych łańcuchów na szyi czy ile pasków na dresie – i tak zawsze jego laska się odwróci słysząc ryk motocykla :twisted: . W Mrzeżynie zjeżdżam na jakiś Orlen co by sprawdzić powietrze w oponach. W międzyczasie podchodzi jakiś starszy miejscowy i zaczyna przyglądać się temu co robię. Nagle słyszę „2,5 atmosfery w takie koło? Tyle co do samochodu?” Pio czym dodaje, że ma Jawę 250 i nie ma jak to motocykle. „Lepsze niż samochody”. Nagle strzela drugi raz „Widzę nasmarowany łańcuch bo się błyszczy a przecież nie wolno”. Odpowiadam mu, że łańcuch trzeba smarować jednak widać było, że żaden argument go nie przekonał. Znaczy to tylko tyle, że muszę się stąd jak najszybciej ewakuować bo mnie jeszcze ktoś ochrzani, że oliwy do baku nie wlałem… Odkładam więc czym prędzej przewód kompresora i już po chwili gnam dalej drogą 103, która wiedzie mnie aż na sam koniec potężnego korka na pustej drodze. Masakra. Zatrzymuję się na końcu, patrzę na mapę gdzie jechać dalej. W pewnym momencie z busa wyskakuje jakiś facet i mówi mi, żebym jechał dalej bo motocykl potraktują jak rower. Dogadujemy się jeszcze odnośnie tego, którym promem gdzie dopłynę i ruszam wzmóż korku widząc na sobie wzrok zazdrości ;)
Kilka minut czekania i wreszcie jest – pierwszy w życiu wjazd na prom :) Stamtąd już tylko kilka km do miasta. W centrum włączam Czesia aby mnie zaprowadził na pole. A Czesie oczywiście zamiast zaprowadzić mnie na pole to wyprowadził mnie w pole ;) . Niestety jestem zmuszony do poszukiwań drogi metodami bardziej werbalnymi. Po kilku minutach jednak udaje mi się zajechać tam gdzie chciałem. Cena? 31 pln – drogo jak cholera. Ale muszę wybrać to miejsce bo w mieście brak wolnych miejsc w pokojach. Na polu znów większości Niemcy. Grillują się, balują opalają i obserwują jak Batman rozwija mokry (na szczęście tylko na zewnątrz) jak szmata i ubłocony jak… (nie powiem co) namiot, jak motocykl przykrywa pokrowcem, który jest brudny i mokry i pewnie zastanawiają się skąd on jedzie, że jest w takim stanie ;D . Jak już wszystko było gotowe ruszam w miasto pobalować. Na koniec robię jakieś zakupy, wszak trzeba coś zjeść i to pożywienie pchnąć jakimś odpowiednim płynem ;) . Później podobno dzwoniłem do kumpla z informację, że nie mogę znaleźć morza. Ach ten nadmorski jod… ;)
DZIEŃ IV
Budzę się o 7 rano i od razu pakuję dobytek bo czas powoli wracać do domu ale przede wszystkim trzeba coś tu zobaczyć. A dokładniej forty. Na dwa nie udaje mi się dotrzeć bo trzeba daleko od nich na parkingu zostawić bez opieki motóra. Ale został jeszcze jeden – Pruski. Gdzieś po drodze tankuję i jadę na prom.
Miejsce okazuje się największe ze wszystkich. Maszynę zostawiam pod czujnym okiem „strażnika”, który do tego jeszcze ma broń więc o moto nie muszę się martwić ;) .
Bardzo interesujące miejsce, z każdej strony bije ogrom pracy jaki musieli wykonać budowniczowie twierdzy. Przecież wszystko zrobione jest z cegły, każda krzywizna, każde sklepienie, wysokie mury…
Po wyjściu rozmowa z owym strażnikiem. Okazuje się, że tam obok latarni gdzie teraz jest port był także fort – cztery razy większy ale w latach ’70 komuniści wysadzili go w powietrze uszkadzając przy tym latarnię… Kilkadziesiąt lat później już w „wolnej” Polsce chcieli także wysadzić tę latarnię – bo jak uszkodzona to po co komu. Ostatecznie trochę ją podreperowali i służy do dziś. A co do współczesnej historii fortu to też różowo nie było. „Miasto” do niedawna trzymało tam gruz, chciano to zrównać z ziemią i zrobić tam parking dla ciężarówek. Tłumaczono się tym, że tak naprawdę nie wiadomo czyja to historia – ani nie polska ani niemiecka, pruski fort - co to w ogóle za historia… Paranoja – typowo komunistyczne myślenie. Na szczęście fort został uratowany na zasadzie „my nic od miasta nie chcemy więc miasto niech się do fortu nie miesza”. I dobrze. Na koniec okazało się, że rozmawiam z własnym krajanem. Mój rozmówca pochodzi z Piły.
Powoli nadchodzi czas na obranie kursu na dom. Odpuszczam sobie latarnię bo wiem, że jeszcze wiele razy tu przyjadę….
Tymczasem wybieram drogę przez Wolin i Golczewo czyli droga szybkiego ruchu. W końcu Yamaszka może trochę poszaleć. Trasa kończy się zbyt szybko. Dalej Płoty, Świdwin, Połczyn – Zdrój – droga nie jest zła ale to już nie to samo ;) . Z Połczyna oczywiście słynną „drogą o 100 zakrętach”. Na tablicy jest napisane, że zakręty są na odcinku 11,5 km .. . Niestety radość nie drwa długo, dojeżdżam do grupy samochodów wlokących się za ciężarówką wyładowaną (przeładowaną?) deskami. Nic nie daje zjeżdżanie na parkingi – chwila zabawy i znów korek.
W Czaplinku decyduję się jechać przez Mirosławiec, Tuczno, Człopę i Wołowe Lasy. Mimo, że przez Wałcz jest trochę bliżej to jednak nie chce mi się jeździć ciągle tymi samymi drogami. W Mirosławcu (miasto gdzie rozbił się samolot Casa) odnajduję mini muzeum na wolnym powietrzu i po kilku fotkach ruszam dalej. Do domu zostało już niewiele. Zdążyłem akurat na pyszny obiad :D
PODSUMOWANIE:
• kilometrów przejechanych: 1111
- dzień I – 371 km
- dzień II – 301 km
- dzień III – 144 km
- dzień IV – 295 km
• koszty:
- paliwo: 172,85 a z tankowaniem po powrocie do domu 241,47
- noclegi: Hel – 25,7 pln, Kołobrzeg – 31,5 pln, Świnoujście – 31 pln = 88,2 pln
Całkowity koszt wyjazdu to 261,05 pln bez tankowania po powrocie a z tankowaniem 329,94 + jedzenie.
Fotki:
picasaweb.google.pl/batmanikus/SamotnieBrzegiemMorzaBalticTravel0205082009#




















