Demianovskie jaskinie
Droga do Demianovskiej Doliny jest bardzo ładna i tutaj dopiero zaczęliśmy spotykać motocykle, z czego większość w chromach i na niemieckich rejestracjach. Wymijając mnóstwo pensjonatów, dotarliśmy w końcu do parkingu, z którego można było podejść do Demianovskiej Jaskini Lodowej. Jaskinia ta jest znana przede wszystkim z tego, iż w dolnej jej części przez cały rok utrzymuje się pokrywa lodowa. Przyciąga również olbrzymimi komnatami i różnorodnością zjawisk krasowych. Jest ona bardzo dobrze dostępna dla turystów i świetnie oświetlona. Zwiedzanie trwa około godziny, warto więc zabrać ze sobą coś cieplejszego, by nie przemarznąć.

Po wycieczce do Jaskini Lodowej nadal czuliśmy pewien niedosyt, zwłaszcza że głównym celem naszej podróży miała być Demianovska Jaskinia Wolności. Kolejne opłaty za parking, wstęp i fotografowanie, chwila oczekiwania na wejście i już znaleźliśmy się w środku. Jaskinia jest olbrzymia. Zachwyca zjawiskami krasowymi, różnorodnością barw, podziemną rzeką i jeziorami. Wielobarwne nacieki na stalaktytach, niebiesko-zielone oczka wodne, a wszystko to dostępne na wyciągniecie ręki, świetnie oświetlone i przygotowane do zwiedzania. Bez wątpienia jest to jedna z najpiękniejszych jaskiń, w jakich dane mi się było znaleźć. Więcej o obu jaskiniach można poczytać na stronie http://www.ssj.sk/.
Po tych atrakcjach zdecydowaliśmy się na spóźniony obiad, po czym udaliśmy sie w drogę powrotną. Przed Mikulasem odbiliśmy na Ruzomberok, by nacieszyć się asfaltem słowackiej autostrady. Po drodze minęliśmy kilka miejscowości, które za sprawą gorących źródeł stanowią nieźle rozwiniętą, choć niezbyt tanią bazę noclegową.

Z Ruzomberoka pojechaliśmy na Dolny Kubin, zaliczając po drodze międzytankowanie, po czym uderzyliśmy nad Oravsky zalew. Omijając skrzętnie płatne plaże, znaleźliśmy w końcu tuż przy tamie kawałek miejsca idealny na odpoczynek. Nie mogąc się powstrzymać, zostawiliśmy wszystko na brzegu i wskoczyliśmy do wody.
Jeszcze z tafli zalewu Oravskiego pożegnaliśmy słońce, które skryło się za pobliskimi lasami, a i cumujące do kei ostatnie łódki uświadomiły nam, że najwyższy czas ruszać do domu. Zebraliśmy się więc szybko, kierując się już prosto na Kraków. Na miejsce dotarliśmy w nocy, lekko przemarznięci, ale zadowoleni z wycieczki.



















